Ostatnio mam odczucie, że nie umiem wychowywać własnej córki. Tak długo na nią czekałam, tak długo marzyłam. A teraz? Myślę tylko jak tutaj z nią nie przebywać.
Klara się zrobiła straszna :( w mig wszędzie wlezie, wszystko wyciąga i nagle wszystko! potrzebuje do zabawy. Pokój jej tonie w tonie pierdół. Wczoraj schowałam połowę zabawek. Posprzątałam.
Zabiera moje latarnie, kupione do zdjęć, ale na razie pięknie się wkomponowały w klimat naszego dużego pokoju. Im bardziej proszę, by tego nie robiła, tym bardziej to robi. Ale to jeszcze nic. Trze tym o podłogę, więc niszczy i latarnię i podłogę. Bierze tę mniejszą latarnię i skacze z nią po swoim łóżku. No przecież to o krok od tragedii. I nie da sobie przegadać. Albo w kuchni dostawia sobie krzesło do mebli kuchennych i wchodzi na blat, grzebiąc w szafkach. Nie ważne, że 10 cm obok gotuje się obiad. Serio.
Wspina się na meble i sięga do szafek, do lodówki. Do zamrażarki! Kuźwa, żebym ją głodziła! :(
Dwa dni temu dopadła nożyczki - schowane w szafce wyżej. Wydawało się, że nie sięgnie. Obcięła całą moją monsterę. Kupioną latem, smętną i biedną. Już taka cudna była! Myślałam że Klarę zamorduję. I męża, który nożyczek nie schował głębiej, czy wyżej (już mi wcześniej obcięła dwa liście). Nie umiem jej tego wybaczyć.
O wszystko się kłóci, wszystko jest źle i - przede wszystkim - bije. Leje gdzie popadnie. Mam ochotę też ją walnąć, ale mi mąż mówi że mi córkę odbierze. Bo ją biję, a tak nie jest. Chociaż nie raz jej groziłam.. A ona bije o nic w zasadzie. Zdarza się, że przyjdzie i mnie walnie z piąchy. Bo tak. Męża też, ale mniej.
Jak pytam dlaczego mnie bije, to słyszę: bo jestem na ciebie zła, albo bo tak albo nie mówi nic.
Dziś rano to był jakiś koszmar koszmarów. Najpierw znowu latarnie, błagam: nie ruszaj. Nic. No halo! Nie będę chować wszystkiego co mam, przed 4l dzieckiem. To nie jest bobas! Ona to robi jak najbardziej świadomie. Potem robiłam łóżko, to po nim skakała. Proszę by nie skakała, tłumaczę i ściągam ją. To ona znowu.. No nie pamięta już jak sobie przegryzła brodę na wylot jakiś czas temu. Krew się lała, parę dni nie mogła jeść. Nie, bo trzeba skakać. I rozwalać wszystko. Później znowu się wspięła na meble, zdjęłam bez słowa. No i dawaj na mnie z piąchy :( wydarłam się. Odniosłamz bez gadania, do jej pokoju. Jak bumerang wraca.
W końcu mąż się zmył, ja (zapłakana, u kresu sił) debatowałam z córką. Ileż ja się natłumaczyłam.. Układałam z nią puzzle, czytałam, układałam, czekałam, aż się wyskacze. Nie chciałam iść na plac zabaw, bo od rana ma tak ogromny katar, że szok (długo walczyliśmy z niezidentyfikowanym kaszlem aż do wymiotów, na który nie pomagało nic). I umówmy się, chciałam by miała trochę "kary". Bijesz, nie słuchasz? Nie ma przyjemności. Odebrać przywilej! Tak samo TV. W ciągu dnia ogląda ok 45 min. Był ryk, kwik. Cyrki świata.
Do tego zero samodzielnej zabawy. Ciągle trzeba się z nią bawić. A już było tak dobrze.
Aż moja bransoletka Xiaomi "mówiła" o stresie. :(
Wiadomo, że w przedszkolu jest aniołek. Wszyscy w szoku, bo Klarcia taka słodka urocza pomocna.
W zeszły czwartek byłam w centrum handlowym odebrać paczkę i później siedziałam z nią na pustym placu zabaw. Na koniec szybko do biedronki po jabłka do sesji. I w sumie tylko jej serek w tubce wzięłam, jak chciała. I mówiłam, że zje w domu. Już chciałam żeby nie jadła, bo kolacja.. to jak ja pakowałam te owoce, ona wyjęła tubkę. Mówię że umowa była, że jemy w domu. To jak się wściekła, tak zaczęła mnie okładać..
Ludzie się z nas śmiali i dyskutowali, że właśnie wychodzi bezstresowe wychowanie. Ja w końcu zostawiłam część zakupów, oczywiście ostrzeżenia itp jak nie podziałało, mimo że mnie okładała i wpakowałam do wózka (bo szłam daleko, kartę do mpk mam zepsutą - nie widzieć czemu - i miałam ze sobą wózek) i zapięłam pasami. I nie dałam ukochanej zabawki. Ryczała za nią pół drogi. Ale byłam tak wściekła. I taka zrozpaczona zarazem. Myślałam, że jakąś karę musi ponieść.
Nie wiem, czy za długo ta moja córka jest już w domu, czy coś ja zrobiłam nie tak? Wysiadam.
Moja mama tylko mi mówi: bierz Klarę do pociągu i przyjeżdżaj. Zaraz natychmiast. :( Ale co z przedszkolem?!
Nie mówię już o tym, że kolejny raz trzeba było przełożyć wizytę w ZG, bo oni nie chcieli kaszlącej Klary.
Próbuję pracować, uczę się. Na razie robię bezpłatne sesje foto. Już kilka razy przekładałam terminy zdjęć. Nie chcę wyjść na nieżetelną osobę. A musiałam przełożyć, bo nie miał kto zostać z Klarą. Mąż pracuje, a nie chciałam żeby Klara zaraziła 4mc sąsiadkę.
Siada mi psychika. Znowu zaczynam zajadać stres. Nie śpię po nocach. Budzę się, rozmyślam co robię i co zrobiłam nie tak. I płaczę cicho w poduszkę. I potem zasypiam nad ranem, by obudzić się nieprzytomna.
Pomijam to, że nadal nie słyszę i najprawdopodobniej słuchu już nie odzyskam. Każda infekcja, to pogorszenie słuchu.
:(
Przepraszam, nie mam z kim porozmawiać. Komu się wyżalić. Nie radzę sobie zupełnie.
Na to wszystko mój mąż mi mówi, że jest przeciwko tym "karom". Ale jak mam jej pokazać, że nie możemy dalej tak robić. Ona nie może tak robić. Musi wiedzieć, że to będzie miało konsekwencje.
Błagam, nie linczujcie.










